Fragment II

Zerwanie zasłony

[ to fragment dłuższego rozdziału · początek w książce ]

5 maja 2008 r., Saint-Gervais-les-Bains, Francja

Michał przestał pisać. Długopis wypadł mu z dłoni.

Stałe fizyczne nie były prawami natury. Były tylko maskami. Współczynnikami. Ustawieniami. A rzeczywistość… nie była zbiorem praw. Była procesem.

Zimny dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie.

— Boże… — wyszeptał.

Przez chwilę siedział nieruchomo, patrząc w pustkę nad biurkiem.

Wszystkie równania, których kiedykolwiek nauczył się na pamięć, właśnie złożyły się w jedno. Nie opisywały różnych zjawisk. Opisywały tylko to, jak stany informacji przechodzą jedne w drugie. Cała rzeczywistość to jedna wielka, obliczeniowa architektura.

Serce waliło mu jak młot.

— Nie.

Pokręcił głową, jakby mógł tym ruchem odgonić prawdę.

— To nie może być takie proste. To musi być błąd. Przypadek algebraiczny. Nic więcej.

Sięgnął po kartkę i jeszcze raz przebiegł po niej wzrokiem, szybko i nerwowo.

Przecież fizycy od stu lat robili dokładnie to samo – podstawiali jednostki Plancka, upraszczali, nazywali to „formami naturalnymi”, konwencją, skrótem. To nic ważnego. Może to tylko nadinterpretacja.

Ta myśl na chwilę go uspokoiła. Tylko na chwilę.

Wstał i podszedł do okna. Dolina tonęła w ciepłym, popołudniowym świetle.

Ale zaraz… przecież tu niczego się nie upraszcza. Stałe nie znikały, tylko pokazywały mechanizm istniejący pod spodem. Tylko jak to, kurwa, sprawdzić?

Niespodziewanie coś przykuło jego wzrok. W ukośnym promieniu słońca, tuż nad blatem biurka drgnęła drobina kurzu. Michał zamarł. Patrzył, jak pyłek tańczy w powietrzu bez wyraźnego powodu, bez przeciągu, i nagle pod czaszką coś kliknęło. Jeden obraz, a za nim cała kaskada równań. Odwrócił się gwałtownie, dopadł biurka i chwycił długopis.

— No tak, cząstki z próżni!

Zapisał wzór efektu Unruha z pamięci.

Przyspieszający obserwator widzi promieniowanie termiczne w próżni. Cząstki z niczego.

Przez lata przyjmował to jak wszyscy – równanie działa, więc nie ma się nad czym zastanawiać.

Tylko skąd one się biorą, jeśli próżnia jest naprawdę pusta?

Michał szybko podstawił jednostki Plancka.

Ponownie zniknęły wszystkie fundamentalne stałe. Zostały tylko parametry architektury.

Wpatrywał się w wynik, czując, jak serce mu przyspiesza.

Nie chodzi o temperaturę. Chodzi o synchronizację stanów pikseli samej struktury rzeczywistości. Próżnia nie jest pusta. Jest dyskretną, obliczeniową siatką – która aktualizuje się takt po takcie: każdy piksel co takt Plancka przelicza swój stan, nawet jeśli jest pusty, i synchronizuje go z sąsiadami. W spoczynku wszystko synchronizuje się idealnie – zero śladu obliczeń. Ale kiedy obserwator przyspiesza, przecina siatkę gwałtownie. Lokalne rytmy się rozjeżdżają. Struktura nie nadąża z synchronizacją. Fluktuacje, które normalnie znikają natychmiast, zaczynają wyciekać. Dla przyspieszającego obserwatora próżnia przestaje być pusta. Zaczyna stawiać opór.

Odłożył długopis. Ręka mu drżała.

Efekt Unruha nie był żadną egzotyczną osobliwością. Był dokładnie tym, czego należało się spodziewać, jeśli rzeczywistość pod spodem to architektura obliczeniowa.

Spojrzał na rozrzucone kartki. Wszystkie równania – relatywistyczne, grawitacyjne, kwantowe – cały czas mówiły to samo. To nie była ładna algebraiczna przypadłość. To miało sens.

— Nie… — prawie wykrzyczał. — To czyste szaleństwo!

Tylko dlaczego Blackwood mu to dał? On nie traciłby czasu na fikcje… A może?

Zimny dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa.

Jeśli to prawda, jeśli rzeczywistość naprawdę jest procesem, to nie chodzi już tylko o zrozumienie. Chodzi o ingerencję. Czy Blackwood chce zdobyć władzę nad samą rzeczywistością? Nad samą strukturą istnienia?

Poczuł jak krew gwałtownie pulsuje w jego skroniach. Momentalnie zastygł, po czym spojrzał na swoją dłoń, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.

Pięć palców. Zaczerwieniona od zimna skóra. Niebieskie żyłki przy nadgarstku. Linia życia, po której kiedyś przesuwała palcem roześmiana Liliane.

Teraz patrzył na swoją rękę jak na obcy obiekt.

Czy to tylko wzorzec? Lokalna oscylacja, którą siatka podtrzymuje klatka po klatce, żeby scena była spójna?

Powoli rozprostował palce. Powietrze stawiało delikatny opór. Czuł wilgotność skóry, mikroskopijne drżenie mięśni.

Gdyby to był render, po co aż takie detale? Po co linie papilarne, blizna na kciuku z dzieciństwa w Gdańsku, szorstkość zarostu na policzku? A jednak równania nie kłamały. Masa nie była substancją, lecz kosztem obliczeniowym. Czas – tylko miarą taktów aktualizacji. A on sam?

Usiadł ciężko, wbijając palce we włosy.

Jeśli to render, to czym właściwie jestem? Wątkiem? Procesem, który właśnie zaczął sobie uświadamiać, że jest tylko procesem? …Liliane!

Poczuł ostry, zwierzęcy ból pod mostkiem. Wstał, przeszedł parę kroków.

Jej zapach kilka godzin temu. Miękkość włosów. Ciepło dłoni na jego karku. Czy kiedy na nią nie patrzę, ona też jest tylko zoptymalizowanym wzorcem? Czeka w uśpieniu, oszczędzając zasoby?

Zacisnął zęby tak mocno, że zabolało.

Nie. Tylko nie ona.

Oparł czoło o chłodną szybę. Oddech zostawił matową plamę, która szybko zaczęła znikać. Na zewnątrz góry stały niewzruszone. Mont Blanc majaczył w półmroku. Świat nie zamigotał. Nie było artefaktów, czy też zielonego kodu. I właśnie to rozwalało go najbardziej. Gdyby rzeczywistość pękła, mógłby walczyć. Krzyczeć. Wściekać się. Ale nie, wszystko było idealnie spójne. I piękne.

Dotarło do niego jedno.

Jeśli to tylko interfejs, to interfejs nigdy nie pokazuje kodu źródłowego gry. Pokazuje tylko tyle, ile użytkownik powinien zobaczyć, żeby uwierzyć w iluzję.

Michał odwrócił się od okna. Na biurku leżały kartki zapisane drżącym pismem. Czerwony pendrive wciąż tkwił w porcie – mały i niepozorny.

W ciszy pracowni słychać było tylko tykanie zegara. Regularne i niezmienne. Jak idealnie zoptymalizowany licznik cykli czasu Plancka.

Zamknął oczy.

Gdzieś w dole, w dolinie, Liliane właśnie wracała do domu. Za kilka minut otworzy drzwi, zawoła: „Kochanie?” i rzuci mu się na szyję, pachnąca winem i górskim powietrzem.

Wszystko będzie wyglądało dokładnie tak samo.

Tylko że on już wiedział.