Fragment III
Vera
7 maja 2008 r., Genewa, lotnisko prywatnego terminalu
Elias napisał krótko: „Spóźnię się o kwadrans”.
Michał schował telefon i postanowił się przejść. Prywatny terminal w Genewie był dokładnie taki, jak wszystkie, które znał — marmur, skórzane fotele, dyskretna obsługa, mężczyźni w garniturach rozmawiający półgłosem przez telefon. Ktoś czytał „Financial Timesa”. Ktoś inny przeglądał dokumenty. Na ścianie przy wejściu do strefy odlotów wisiały trzy duże fotografie — Mont Blanc, Jezioro Lemańskie i Stare Miasto Genewy. Zatrzymał się przed czwartym obrazem, który wyraźnie odróżniał się od reszty. Duże płótno, abstrakcja — chaotyczna sieć linii i węzłów w odcieniach granatu i złota, gdzieniegdzie przerwana białymi plamami. Przechylił głowę. Z pewnego kąta obraz przypominał schemat sieci neuronowej, z innego — mapę galaktyk.
W tym momencie poczuł uderzenie w ramię i gorący płyn na koszuli.
— Kurwa! — Młoda kobieta syknęła po polsku. — Co tak stoisz? — dodała już po angielsku. — Moja kawa…
Michał odwrócił się. Zdążył zobaczyć tylko jej plecy. Czarny plecak, długie blond włosy z fioletowymi pasemkami. Oddaliła się w stronę foteli przy oknie, nie oglądając się za siebie. Spojrzał na swoją koszulę. Ciemna plama wchłaniała się w biały materiał. Przez chwilę stał bez ruchu.
Mówi po polsku. Młoda. Plecak, jak na tygodniową wyprawę. Poczuł, jak kąciki ust same mu się unoszą. — To chyba ta doktorantka Starczewskiego — pomyślał.
Kobieta usiadła przy oknie. Była jedyną osobą w tym eleganckim miejscu, która wyraźnie tu nie pasowała. Wśród garniturów i teczek — jej czarny t-shirt, spodnie w tym samym kolorze, skórzana kurtka przerzucona przez oparcie fotela. Wyciągnęła laptopa, postawiła obok nadgryziony papierowy kubek z kawą i zaczęła pisać z miną wskazującą, że myślami jest zupełnie gdzie indziej.
Michał założył skórzaną kurtkę, by przykryć plamę, po czym rozsiadł się w fotelu. Kwadrans później w drzwiach wejściowych pojawił się Elias w zmiętej marynarce i szarym swetrze. Z jego twarzy łatwo było odczytać irytację. Droga w korku prawie doprowadziła go do szału.
— Przepraszam za spóźnienie. — Uścisnął dłoń Michała i rozejrzał się po sali. — Vera już jest?
— Myślę, że tak. — Michał wskazał głową w stronę okna.
Kiedy podeszli, Vera uniosła wzrok znad laptopa.
Dopiero teraz, z bliska, Michał mógł dokładnie przyjrzeć się jej twarzy. Ostre, bezkompromisowe spojrzenie jasnoniebieskich oczu, geometryczne tatuaże ciągnące się od lewego policzka przez szyję aż po dekolt. Czarne tunele w uszach i delikatny kolczyk w skrzydełku nosa.
— Weroniko — odezwał się Elias. — Bardzo się cieszę, że już jesteś. Przedstawiam ci Michała.
— Vera. — Wstała i uścisnęła mu dłoń. — My się już znamy.
Elias zmrużył oczy.
— Znacie się?
— Wylał moją kawę.
— Technicznie to ty wylałaś kawę na mnie — odparł wyraźnie rozbawiony Michał.
Elias przyglądał się zdezorientowany.
— Stałeś w środku przejścia.
— Stałem przed obrazem.
Vera przez chwilę patrzyła na niego z miną kogoś, kto bardzo chce mieć rację, ale uczciwie rozważa argumenty przeciwne.
— Dobra — przyznała w końcu. — Pół na pół.
— Myślałam, że będziesz starszy — dodała po chwili, mierząc go wzrokiem. — Może nie jak Starczewski, ale jednak.
— Po czym wnioskowałaś?
— Masz spory dorobek naukowy — wzruszyła ramionami. — Czytałam twoją pracę o kompaktyfikacji dodatkowych wymiarów w modelu ADD. Tę z 2001 roku.
Michał spojrzał na nią.
— I?
— I masz tam ciekawą tezę o skali grawitacyjnej w modelu. Ale założyłeś, że hierarchia mas jest stabilna powyżej skali TeV. To dość odważne.
— To był model uproszczony — odparł Michał. Wiedział, dokąd to zmierza.
— Wiem. — Vera odgarnęła włosy z twarzy. — Gdybyś jednak wcześniej uwzględnił kwantowe korekcje do propagatora grawitonu w pętlach, zobaczyłbyś, że hierarchia się sypie już przy znacznie niższych energiach i może ten artykuł w „Nature” nie miałby czego krytykować.
Cisza.
Michał patrzył na nią z zaciśniętą szczęką.
— Mówiłem ci, że jest niezła — szepnął wymownie Elias.
Miała rację i to było wkurzające.
— Starczewski cię tego nauczył?
— Starczewski mi powiedział, żebym przeczytała twoją pracę — odparła z lekkim uśmiechem. — Resztę rozgryzłam sama. Trasa Warszawa–Kraków, cztery godziny pociągiem w jedną stronę. Czasu akurat wystarczyło.
Michał chciał coś odpowiedzieć, ale Elias chrząknął i ruszył w stronę odprawy.
— Samolot czeka — rzucił przez ramię.
Vera chwyciła plecak i laptopa, po czym ruszyła za nim.
— Pamiętaj, nadal wisisz mi pół kawy — rzuciła do Michała nie odwracając się.
Mężczyzna patrzył przez chwilę, jak odchodzi, następnie zerknął na plamę na koszuli, uśmiechnął się kręcąc głową i ruszył za nimi.
