Fragment I

REDCORE

10 lipca 1935 r., Nowy Jork, Hotel New Yorker

Na dwudziestym trzecim piętrze Hotelu New Yorker panował półmrok przerywany jedynie drgającym światłem przedostającym się zza firanek.

Pokój był skromny, niemal ascetyczny. Choć hotel oferował pełen komfort, jego mieszkaniec sprowadził przestrzeń do minimum. Nie chciał, by cokolwiek odciągało go od świata, w którym żył. Świata własnych myśli.

Nikola Tesla siedział w głębokim fotelu obitym ciemnym aksamitem. Wyprostowany, z dłońmi splecionymi na kolanach. Jego twarz — szczupła, o ostrych rysach — była przygaszona, ale w oczach wciąż tlił się ogień. Ten sam, który rozświetlał laboratoria, przyciągał błyskawice i rozpraszał ciemności niezrozumienia.

Naprzeciwko siedział młody dziennikarz oddelegowany do przygotowania krótkiego tekstu z okazji zbliżającej się siedemdziesiątej dziewiątej rocznicy urodzin wynalazcy. Przysłuchiwał się Tesli z narastającym zdziwieniem.

— Przepraszam… — odezwał się w końcu niepewnie — Czy dobrze rozumiem? Jest pan sceptyczny wobec teorii względności?

— Teoria względności — naukowiec odparł nieco ironicznie — to wspaniały matematyczny płaszcz, który fascynuje, olśniewa i czyni ludzi ślepymi na tkwiące w nim błędy. To jak żebrak przebrany w purpurę, którego ignoranci biorą za króla.

Uśmiechnął się gorzko i zamilkł na chwilę, wpatrując się w gołębie przesiadujące na parapecie za oknem. Po chwili spojrzał na dziennikarza i rzekł nieco łagodniej, ale bez cienia wątpliwości:

— Fizykę sprowadzono do samej matematyki. Liczby zaczęły wystarczać do opisu zjawisk, ale odcięły nas od ich źródła. Einstein opisuje, lecz nie tłumaczy. Matematyka stała się królową nauk, ale pozbawioną królestwa. Jeśli zapomnimy o przyczynie, zostanie nam jedynie iluzja poznania.

Dziennikarz przestał notować. Nie był już pewien, czy spisuje słowa wielkiego wizjonera, czy pogmatwane myśli człowieka, który z wiekiem zagubił się w rzeczywistości.

Tesla pochylił się w jego stronę, jakby chciał wyznać coś bardzo osobistego.

— Eter istnieje — wyszeptał. — Bez niego nie można zrozumieć światła, grawitacji ani żadnego pola. Einstein go odrzucił. A wraz z nim odrzucił duszę fizyki.

Znów zapadła cisza. Oczy naukowca były niespokojne i rozpalone.

— Jeszcze do niego wrócą. Może nie teraz, ale kiedyś. Zrozumieją, że wszystko, czego szukają, zawsze było bliżej, niż sądzili.

5 maja 2008 r., Genewa, Beau-Rivage Palace

Hotelowy korytarz pokryty był miękkim, kremowym dywanem, który tłumił kroki Michała. Ściany zdobiły subtelne obrazy w złoconych ramach, a światło z kryształowych kinkietów odbijało się od lustrzanych paneli, potęgując wrażenie przestronności.

Fizyk szedł bez pośpiechu. Zatrzymał się przed drzwiami apartamentu numer 137. Przy wejściu stał ochroniarz w ciemnym garniturze.

Mężczyzna przyjrzał mu się uważnie.

Michał skinął głową.

Krótki, profesjonalny ruch dłoni. Sprawdzenie kieszeni kurtki, szybkie przesunięcie detektorem po bokach. Wszystko to trwało kilka sekund.

— Dziękuję.

Ochroniarz otworzył drzwi.

— Pan Blackwood czeka.

Mężczyzna wszedł do środka.

Wnętrze apartamentu było przestronne i urządzone z wyrafinowaną elegancją. Przez wysokie okna, sięgające od podłogi aż po sufit, rozciągał się majestatyczny widok na lśniącą taflę Jeziora Genewskiego.

Przy jednym z okien stał Nathaniel Blackwood, ubrany w nienagannie skrojony garnitur. Rozmawiał przez telefon.

— Eliasie, tym się nie martw — powiedział spokojnym tonem. — Zajmę się wszystkim. Właśnie wszedł Michał.

Po chwili odłożył telefon i odwrócił się do gościa.

— Witaj, Michale. Cieszę się, że mogłeś przyjść. Proszę, usiądź.

Michał zajął miejsce w fotelu przy niskim stoliku, na którym stały dwie szklanki i karafka z wodą.

— Rozmawiałem przed chwilą z profesorem Rosenbergiem — zaczął Blackwood. — Wyraził pewne obawy co do postępu prac nad projektem. Jednak ja chciałbym poznać twoją opinię.

Michał zaczął niespiesznie obracać w palcach szklankę. Cienka warstwa skroplonej pary na jej powierzchni rozmazała się pod jego kciukiem.

— Rzeczywiście, napotkaliśmy pewne komplikacje — powiedział w końcu. — Jestem coraz bardziej przekonany, że popełniliśmy błąd w początkowych założeniach. A nawet jeśli mamy rację, to i tak brakuje nam teraz mocy, żeby to sprawdzić.

Blackwood obrócił się z powrotem w stronę okna.

— Dziękuję za szczerość. Elias… cóż, on nigdy nie miałby odwagi powiedzieć mi tego wprost. Powiedz mi, czy tylko moc jest problemem? Naprawdę nadal uważasz, że teoria strun to właściwa droga do poznania fundamentów naszej rzeczywistości?

Michał zawahał się na moment. Nie chciał, by jego odpowiedź zabrzmiała jak kapitulacja.

— Muszę przyznać, że od czasu tamtego krytycznego artykułu w Nature sam mam pewne wątpliwości — odparł, wyraźnie ważąc słowa. — Im dłużej nad nią pracuję, tym bardziej dostrzegam jej niezwykłą elegancję. To wszystko jest pięknie pomyślane — przestrzenie Calabiego-Yau, supersymetria, brany, dodatkowe wymiary… Razem tworzą obraz rzeczywistości, który naprawdę potrafi zachwycić.

Zamyślił się na chwilę, po czym westchnął i dodał z naciskiem:

— Ale piękno matematyczne nie zawsze oznacza prawdę fizyczną.

Przetarł twarz dłonią, jakby chciał zmazać z niej zmęczenie.

— Czasem zastanawiam się, czy nie jest to mimo wszystko jedynie spekulatywna konstrukcja, w której dokładamy kolejne warstwy ad hoc tylko po to, by utrzymać jej spójność. Zbyt często widzę, jak nowe elementy formalizmu nie wynikają z danych, lecz są dokładane na siłę, żeby uniknąć sprzeczności, żeby pasowało do tego, co chcielibyśmy zobaczyć. Ale póki co, nie mamy lepszej alternatywy.

Nathaniel wciąż patrzył na genewski krajobraz za oknem, podczas gdy Michał obserwował jego profil odbity w szybie. Twarz Blackwooda pozostawała nieruchoma. Po chwili przesunął palcami po ramie okna i odezwał się z właściwą sobie pewnością w głosie:

— Wiesz, Richard Feynman powtarzał, że fizyka powinna być oparta na doświadczeniu i mechanizmach, a nie na samej matematycznej elegancji. Niestety, brak mocy to nie jest nasz jedyny problem. Możliwe, że nie będziemy mieli już zbyt wiele czasu na nasze wspólne eksperymenty w CERN. Zbyt wielu ludzi zaczęło interesować się naszymi sprawami.

— Sądzisz, że ktoś będzie chciał torpedować naszą współpracę? — zaniepokoił się Michał.

Blackwood zmierzył go chłodnym spojrzeniem.

— Michale, już ci kiedyś o tym mówiłem. Są siły, które za wszelką cenę będą bronić swoich interesów i swojej prawdy. Niestety, obecnie zyskują na znaczeniu. Nie wiem, jak długo uda mi się trzymać je z dala.

Zbliżył się powoli.

— Więc tak, możemy nie mieć zbyt wiele czasu na nasze badania.

Przesunął dłonią po mankiecie marynarki.

— Jednak wydaje mi się, że los nam sprzyja. Dał nam kolejną szansę.

Sięgnął do kieszeni i wyjął niewielki przedmiot. Przez chwilę obracał go w palcach, jakby ważąc jego ciężar.

— Niedawno w nasze ręce wpadło coś… niezwykłego. Coś, co bardzo starannie próbowano ukryć przed światem. Dla większości fizyków materiały, które temu towarzyszą, byłyby nie do przyjęcia.

Teraz jego spojrzenie zdawało się świdrować Michała.

— Zbyt daleko odbiegają od obowiązującego paradygmatu. Zbyt wiele rzeczy wygląda tam jak herezja wobec ustalonej fizyki. Moi ludzie są doskonałymi specjalistami — ciągnął — ale są też, jakby to ująć… zbyt ostrożni. Kiedy coś wykracza poza to, czego nauczyli się na uniwersytetach, zaczynają instynktownie szukać sposobów, by to odrzucić. Mam wrażenie, że ich wiedza staje się filtrem, przez który nie są już w stanie zobaczyć niczego nowego.

Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

— Dlatego potrzebuję kogoś, kto spojrzy na to bez filtra.

Michał zmrużył oczy.

— Ty jesteś inny. Nieraz pokazałeś, że potrafisz wejść w obszar, który dla innych wydaje się naukowym samobójstwem. Jesteś niepokorny i masz odwagę doprowadzać swoje rozumowanie do końca.

Podszedł do stolika. Czerwony pendrive stuknął cicho o drewniany blat.

— A teraz, wobec braku czasu, potrzebuję właśnie takiego spojrzenia — kontynuował Blackwood. — Potrzebuję kogoś, kto nie będzie się bał przyjrzeć czemuś, co może podważyć wszystko, czego uczono nas o naturze rzeczywistości.

Michał od dłuższego czasu nie odrywał wzroku od małego, czerwonego nośnika. Zwykły kawałek plastiku. Kilka gramów. A jednak teraz wyglądał inaczej. Jakby w jednej chwili przestał być zwyczajnym przedmiotem.

— Na tym nośniku znajdują się ściśle tajne dokumenty. Myślę, że wiedza w nich zawarta może okazać się kluczowa dla naszych działań. Jednak musisz wiedzieć jedno — gospodarz pochylił się w stronę swojego gościa. — Ta wiedza jest niebezpieczna. Wymaga absolutnej dyskrecji i najwyższej ostrożności. Gdybyśmy mieli więcej czasu, nigdy nie zaproponowałbym ci takiego ryzyka. Niestety, czas nie jest teraz po naszej stronie. Wybór pozostawiam tobie. Jednak pamiętaj – jeśli zabierzesz tego pendrive'a, nie będzie już odwrotu.

Blackwood nalał sobie wody z karafki, wypił łyk, odstawił szklankę, po czym podszedł do drzwi. Otworzył je i odwrócił się jeszcze w stronę fizyka.

— Do zobaczenia, Michale.

Drzwi zamknęły się za nim głucho. Dopiero po chwili dotarło do Michała, że Blackwood po prostu wyszedł – bez dalszego wyjaśnienia, jakby propozycja, którą właśnie rzucił na stół, nie budziła najmniejszych wątpliwości.

Przesunął dłonią po twarzy.

— Co do diabła…

Oparł się głębiej w fotelu i przez dłuższą chwilę siedział bez ruchu, próbując poukładać w głowie to, co właśnie usłyszał. Cała rozmowa wydawała się teraz dziwnie nierzeczywista, jakby ktoś nagle zmienił zasady gry. Bez uprzedzenia.

Ponownie spojrzał na stolik.

Czerwony pendrive leżał dokładnie tam, gdzie położył go Blackwood.

Zwykły kawałek plastiku. Kilkanaście gramów. A jednak Michał nie wyciągnął ręki.

Patrzył na niego, czując narastające napięcie. Miał wrażenie, że ten niewielki przedmiot w przedziwny sposób nie pozwala mu odwrócić wzroku. Wydawało mu się, że ogromny apartament, w którym przebywał, skurczył się do tego jednego punktu na stole.

W głowie kołatała mu teraz tylko jedna myśl:

Czy naprawdę chcę wiedzieć, co jest w środku?