Fragment IV

Klatka

[ to fragment dłuższego rozdziału · początek w książce ]

9 maja 2008 r., Genewa, Szpital Uniwersytecki HUG

Przerwało jej nagłe pukanie do drzwi. Oderwała wzrok od kartki. Świat zewnętrzny przestał istnieć na tyle długo, że teraz wrócił z niemałym impetem.

Ponownie rozległo się pukanie, tym razem głośniejsze.

— Proszę — wychrypiała.

Drzwi uchyliły się. Pojawiła się młoda pielęgniarka, a za nią czyjaś sylwetka skąpana w półmroku.

— Przepraszam, że przeszkadzam tak późno. Ktoś do pani.

Vera zmarszczyła czoło.

Michał wyszedł dwie godziny temu. Elias leżał w swojej sali. Czyżby ta Zoey? Nie.

Pielęgniarka odsunęła się. W progu stanął Nathaniel Blackwood. Vera patrzyła na niego przez dłuższą chwilę w milczeniu.

— No proszę, Lord Blackwood. Czym sobie zasłużyłam na taki zaszczyt? — Odezwała się wreszcie.

— Chciałem przeprosić. — Lord delikatnie schylił głowę. — To był mój samolot, panno Dec.

— Wiesz, że wystarczyło wysłać kwiaty? Sekretarka by załatwiła. Webb nie jest właśnie od tego?

Blackwood uśmiechnął się.

— Muszę przyznać, że opis pani charakteru nie oddaje w pełni oryginału.

Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.

— Uznałem, że należą się pani osobiste przeprosiny.

— I słusznie. Twój samolot, twoja wina. Nie mów tylko, że to zwykły wypadek?

— Póki co, przeważa wersja, że to była tylko techniczna usterka. — Wzruszył lekko ramionami, ale jego oczy pozostały nieruchome, wpatrzone w nią z dziwną intensywnością.

Parsknęła.

— „Póki co”. Urocze. Czyli nawet wielki Blackwood nie ma odpowiedzi na wszystko.

Blackwood przesunął dłonią po oparciu krzesła, ale nie usiadł.

— Niestety nie. Właśnie dlatego tu jestem. Nie tylko po to, żeby przeprosić.

Zmierzył ją wzrokiem.

— Do tej pory nie mieliśmy okazji się poznać.

— Cóż, lepsza taka okazja niż żadna. Ale ode mnie nie usłyszysz nic więcej na mój temat niż to, co pewnie już wiesz.

— Może. — Kącik jego ust drgnął. — A może już znam cię lepiej, niż ci się zdaje?

Zmrużyła oczy taksując go wzrokiem z ukosa.

— Jasne. Niezły manipulacyjny blef.

Nie odpowiedział. Zamiast tego podszedł powoli do ściany naprzeciw łóżka. Wisiał na niej niewielki obrazek — jeden z tych standardowych, szpitalnych pejzaży. Łagodne wzgórza, kilka drzew, strumień. Wszystko w stonowanych, ciepłych barwach. Bezpieczne i nierzeczywiste w swojej perfekcji.

Blackwood patrzył na niego przez dłuższą chwilę.

— Lubi pani takie widoki?

— Co?

— Te drzewa, wodę i niebo, które nigdy nie zanosi się deszczem, bo mógłby kogoś zasmucić. — Przekrzywił lekko głowę. — Ktoś to namalował, żeby pacjenci czuli się spokojniej i nie myśleli o tym, że są w klatce z wenflonem w żyle.

Milczała. Coś w jego głosie sprawiło, że ciarki przeszły jej po plecach.

— Większość ludzi żyje tak, jakby świat był skończoną opowieścią — ciągnął, nie odrywając wzroku od pejzażu. — Kariera, dom, dzieci, podróż na pocztówkę. I to im wystarcza. Wypełniają dni zadaniami. Są jak aktorzy, którzy dostali role i nie pytają, kto napisał scenariusz.

— I co z tego? — Weszła mu w słowo.

Odwrócił się w jej stronę. Jego głos stał się mocniejszy.

— Ty nigdy nie mogłaś się pozbyć wrażenia, że coś jest nie tak. I nie chodzi o metafizyczny niepokój nastolatki po lekturze Nietzschego. Chodzi o głęboki, niemal fizyczny dysonans. Jakbyś szła przez dom, w którym wszystkie meble stoją na swoim miejscu, ale ty wiesz, wiesz na pewno, że ktoś je przesunął o centymetr, kiedy nie patrzyłaś.

— Każdy tak czasem ma.

— Nie. Nie każdy.

Podszedł bliżej. Vera poczuła, jakby powietrze w sali zmieniało konsystencję.

— Świat daje nam złudzenie sprawczości, Weroniko. Menu z ograniczonymi opcjami. Możesz wybrać kolor ścian, miasto, komu oddasz swoje ciało na jedną noc. I wydaje ci się, że decydujesz. Ale granice tego wyboru — kto je wyznaczył? Dlaczego pewne drzwi są po prostu nie do otwarcia?

Jej palce zacisnęły się na krawędzi prześcieradła.

— Zdarzyło ci się kiedyś czegoś naprawdę pragnąć?

To pytanie wybiło ją już kompletnie z rytmu.

— Nie chcieć albo planować, tylko pragnąć. Tak, żeby świat wokół tego jednego punktu się kurczył. Żebyś zasypiała z tym i budziła się jak z dodatkowym organem.

— A co to ma do rzeczy? — Jej głos stał się ostry, ale pod spodem drżało coś niekontrolowanego.

— Właśnie wtedy to traciłaś. Za każdym razem. Im bardziej czegoś pragnęłaś, tym szybciej ci to zabierano.

Cisza. Jedynie cichy szum klimatyzacji. Weronika wbiła wzrok w ścianę nad ramieniem Blackwooda. Nie mogła na niego patrzeć. Nie teraz.

— To nie był przypadek. Ty to wiesz, Weroniko. Ja też. — Zawiesił głos. — Ten świat nie jest neutralny. On reaguje. Jak algorytm, który testuje granice własnych reguł. Sprawdza, ile sprawczości naprawdę masz, zanim złamiesz się i przyjmiesz, że twoja rola to tylko podążanie za tym, co ci pozwolono posiadać.

— Czyli co? — Jej głos nabrał ostrości. — Całe cholerne życie to jebany test?

— Być może. Albo rzeczywistość testuje nie ciebie, ale samą siebie. Sprawdza, gdzie są jej granice. Gdzie pojawiają się istoty, które zamiast wykonywać scenariusz, zaczynają go… łamać.

Vera powoli przeniosła na niego wzrok.

— Ty też tak masz?

Blackwood milczał patrząc na nią. Potem skinął głową, ledwie dostrzegalnie, jakby przyznawał się do czegoś, czego nie mówił dotąd nikomu.

— Dlatego cię rozpoznaję, panno Dec. Nie przez pani akta czy wyniki, ale przez to, że świat też cię testuje. I jeszcze cię nie złamał.

Weronika milczała. Jej palce powoli przesuwały się po krawędzi kartki z równaniami.

— I co? Mam teraz paść na kolana i przysiąc wierność sprawie? — Wypaliła gwałtownie.

Blackwood uśmiechnął się, tym razem niemal ciepło.

— Nie. — Wskazał ręką na zapisane kartki. — Masz wrócić do równań. Do granicy między tym, co widzisz, a tym, co istnieje naprawdę. I masz zdecydować, czy chcesz wiedzieć, co jest po drugiej stronie. I czy z tą wiedzą sięgniesz po prawdziwą sprawczość.

Ruszył w stronę drzwi.

— Lordzie Blackwood…

Zatrzymał się z dłonią na klamce, nie odwracając się jednak.

— Jeśli to wszystko gra, jeśli ty grasz mną, żeby osiągnąć swoje cele… — Jej głos był twardy, metaliczny. — …Wiedz, że znajdę sposób.

Odwrócił głowę. Tym razem widziała, że jego uśmiech był inny. Jakby należał do kogoś, kto właśnie zobaczył w drugim człowieku własne odbicie.

— Na to liczę, panno Dec. Do zobaczenia.

Zniknął za drzwiami.

Vera została sama. Spojrzała na kartkę, na liczbę urojoną, która teraz wydawała się bardziej realna niż ściany szpitala. Następnie wbiła wzrok w obrazek na ścianie. Łagodne wzgórza, drzewa, strumień.

Klatka malowana akwarelą.

Pokazała w jej stronę środkowy palec.

— Pierdol się!

Sięgnęła po długopis.

— Wzór Diraca. Pokaż, co ty nam odsłonisz?