Fragment V

Terrarium

8 maja 2008 r., Genewa, lotnisko

Matthieu stał przy taśmie bagażowej. Walizki przesuwały się powoli, jedna za drugą, z jednostajnym, mechanicznym szumem. Ludzie wokół patrzyli beznamiętnie na swoje odbicia sunące przed nimi w czarnej gumie.

Wyjął telefon i zadzwonił.

— Jestem na lotnisku, macie coś?

— Chyba tak — odezwał się głos w słuchawce, szybki i napięty. — Przeglądaliśmy nagrania z akcji ratunkowej.

Matthieu zastygł na moment, po czym odsunął się kilka kroków od taśmy w stronę pustego fragmentu hali.

— Tak?

— Jeden ze strażaków…

— Co dokładnie?

— Na pierwszy rzut oka nic. Ale jak zwolniliśmy materiał kadr po kadrze… — Oddech w słuchawce przyspieszył. — W pewnym momencie wchodzi do wraku.

— I?

— Kiedy wychodzi, widać, że jedną ręką coś trzyma pod kurtką.

— Mhm…

— Wyślę ci kadr — dodał głos. — Powinien już dojść.

Telefon zawibrował ponownie. Matthieu odsunął słuchawkę od ucha i spojrzał na ekran. Nowa wiadomość. Załącznik ładował się przez chwilę, piksel po pikselu, zanim obraz wskoczył na miejsce. Na zdjęciu: dym, chaos, rozmyte sylwetki ratowników. I on, uchwycony w pół ruchu. Strażak, lekko odwrócony bokiem. Jedna ręka przy kurtce, jakby coś właśnie ukrywał pod materiałem. Matthieu powiększył obraz, dotykając ekranu.

— Zidentyfikowaliście go?

— Tak. To Olivier Martel, starszy strażak z jednostki lotniskowej.

— Wiecie, gdzie jest?

— Nadal na lotnisku. Pełni dyżur, śledzimy go. Wyślę ci jego zdjęcie.

Matthieu uniósł wzrok znad telefonu. Jeszcze przed chwilą to miejsce było tylko przystankiem, teraz zaś każdy ruch, każdy człowiek nabierał znaczenia. Telefon zawibrował ponownie.

Nowa wiadomość. Tym razem zdjęcie było wyraźniejsze — portretowe, z dokumentacji służbowej. Twarz bez historii. Człowiek, którego łatwo zgubić w tłumie, trudniej zapamiętać. Matthieu przez chwilę patrzył na ekran, próbując zakodować go w umyśle.

— Gdzie teraz jest?

— Strefa techniczna. Dokładnie za godzinę kończy zmianę.

Na taśmie bagażowej pojawiła się wreszcie jego torba.

— Nie ruszać go — powiedział dosadnie. — Chcę wiedzieć, co z tym zrobi.

— Rozumiem.

Rozłączył się.

Torba przejechała obok — chwycił ją pewnym ruchem, po czym odwrócił się i ruszył. Miał godzinę. Musiał zniknąć, zanim Martel wyjdzie ze strefy technicznej.

Przeszedł przez halę przylotów, mijając rzędy krzeseł i powoli wygaszające się tablice informacyjne, następnie skręcił w oznaczone korytarze prowadzące do zaplecza. Zatrzymał się przy drzwiach z symbolem toalet i wszedł do środka. Uderzył go chłód i echo jego własnych kroków odbijających się od kafli. W jednej z kabin ktoś spuszczał wodę. Przy umywalkach nie było nikogo. Szybkim ruchem ściągnął koloratkę i wszedł do wolnej kabiny. Zamknął drzwi i przez chwilę stał w bezruchu, wsłuchując się w odgłosy z zewnątrz.

Dopiero wtedy sięgnął do torby podręcznej i wyjął niewielkie etui. Otworzył je bez pośpiechu. W środku znajdowała się drobna słuchawka i niewielki moduł komunikacyjny. Włożył słuchawkę do ucha, dociskając ją precyzyjnie.

— Słychać mnie?

— Potwierdzam — odpowiedział znajomy, pozbawiony zakłóceń głos.

Matthieu wyjął kolejny element — małe opakowanie. Otworzył je i wyjął cienkie, starannie przycięte sztuczne wąsy. Przykleił je sprawnym ruchem, jakby robił to setki razy.

— Śledzicie go. Każdy krok — dodał. — Nie podejmujecie żadnych działań bez mojego sygnału.

— Przyjęte.

Ktoś wszedł do toalety. Matthieu schował resztę rzeczy, otworzył drzwi kabiny i podszedł do umywalek. Przy jednej z nich stał starszy mężczyzna, myjąc ręce. Nawet nie spojrzał w jego stronę.

Matthieu podszedł do lustra. Poprawił wąsy, wygładził włosy i zmienił wyraz twarzy. Napięcie ustąpiło wyuczonej obojętności. Założył okulary. Starszy mężczyzna skinął w jego stronę i wyszedł. Matthieu odkręcił wodę. Obmył ręce i ponownie spojrzał na swoje odbicie.

— Będę przy wyjściu ze strefy technicznej. Czekam na sygnał.

— Przyjąłem.

Strefa odlotów tętniła życiem. Matthieu przeszedł przez nią niespiesznym krokiem, wtapiając się w tłum z wprawą człowieka, który od lat ćwiczył sztukę bycia niewidzialnym. Wybrał miejsce przy ścianie, niedaleko wyjścia ze strefy technicznej. Na tyle blisko, by widzieć każdego, kto przekroczy próg, i na tyle daleko, by samemu nie rzucać się w oczy.

Usiadł na jednym z niewygodnych, metalowych krzeseł ustawionych w rzędzie jak zęby w szczęce jakiegoś olbrzymiego stworzenia. Wyjął z torby książkę – sfatygowany egzemplarz „Rozmyślań” Marka Aureliusza – i otworzył ją na zakładce.

Strona zaczynała się od zdania: „Wszystko, co widzimy, jest tylko punktem widzenia, nie prawdą”. Matthieu dopowiedział w myślach własne słowa: Usuń więc z siebie pychę i próżne mniemanie, że coś wiesz.

Nie czytał dalej. Wzrok powędrował ponad krawędzią książki, ku drzwiom ze strefy technicznej. Tłum płynął wokół niego nieprzerwanym strumieniem. Ludzie spieszyli się ciągnąc walizki na kółkach, ściskając w dłoniach paszporty i karty pokładowe, zerkając nerwowo na tablice odlotów. Ich twarze były maskami zmęczenia, ekscytacji, obojętności. Każdy z nich gdzieś leciał. Każdy miał cel – służbowy, rodzinny, turystyczny. Każdy wierzył, że to, co robi, ma znaczenie.

Matthieu patrzył na nich.

Mrówki w terrarium – pomyślał. – Biegają w kółko, przekonane, że budują coś trwałego. Nie wiedzą, że szkło jest tuż obok. Że cały ich świat to czyjaś zabawka.

Patrzył jak się spieszyli, jakby czas był walutą, którą można zaoszczędzić. Jakby te kilka minut wyprzedzenia rozkładu, ten sprint przez halę odlotów – jakby to wszystko miało jakikolwiek wpływ na cokolwiek poza ich własnym ciśnieniem krwi. Tymczasem czas płynął swoim rytmem, obojętny na ich pośpiech.

Nie to było jednak najgorsze, ale to, że nawet gdyby stanął teraz na środku hali i krzyknął im prosto w twarz, czym naprawdę jest ich rzeczywistość – spojrzeli by na niego jak na szaleńca. Poprawiliby krawaty, zerknęli na zegarki i pobiegli dalej. Do swoich samolotów. Do swoich złudzeń. A jednak wierzyli, że są sprawczy. Że wybór między oknem a przejściem, między tym lotem a następnym – że to wszystko ma znaczenie. I że to oni trzymają ster.

Ułuda! Najokrutniejsza ze wszystkich. Bo bez niej nie mogliby wstać rano. Bez niej cały ten teatr by się zawalił.

Urodzą się, pobiegną, umrą – i nawet przez chwilę nie zobaczą ścian terrarium.

Przewrócił stronę.

Mijały minuty. Kwadrans. Pół godziny.

Drzwi strefy technicznej trwały zamknięte. Za każdym razem, gdy ktoś przechodził obok, Matthieu unosił wzrok. Szybki, niemal niezauważalny ruch gałek ocznych rejestrował twarz, sylwetkę, sposób poruszania się. I za każdym razem wracał do książki, do tego samego zdania, które wciąż nie chciało się ułożyć w sens.

A on sam? Widział siebie jako jedynego człowieka w tym tłumie, który naprawdę rozumie, po co się spieszy.

Z zamyślenia wyrwał go nagle obcy szum. Dźwięk, który nie pasował do stabilnego rytmu lotniska. Przez chwilę nasłuchiwał.

Odwrócił głowę. W głębi hali narastał zgiełk. Ludzie stali zdezorientowani, oglądali się i szeptali między sobą.

Jakaś kobieta wymachiwała rękami przed ochroniarzem. Jej głos wbijał się w jednostajny szum hali niczym gwóźdź.

— Tam! Tam! Mężczyzna zostawił torbę pod siedzeniami i pobiegł! Jest już przy wyjściu!

Wskazywała ręką w stronę wyjścia ze strefy technicznej. Matthieu spojrzał w tamtą stronę. Ktoś biegł – i zaraz był za drzwiami.

Matthieu już wiedział.

— Kurwa. — Powiedział cicho, ale ostro do słuchawki. — To zasłona dymna.

Trzask w słuchawce.

— Obiekt w ruchu. Idzie do wyjścia ze strefy technicznej.

— Uwaga! To zaplanowane, chcą, żebyśmy go zgubili.

Nagle ktoś krzyknął. Męski głos, pełen paniki:

— Bomba! W tej torbie jest bomba!

Słowo „bomba” przetoczyło się przez tłum jak fala uderzeniowa. Ktoś krzyczał, ktoś inny rzucił walizkę i zaczął biec. W ciągu sekundy uporządkowany strumień podróżnych zamienił się w plątaninę ciał, walizek, przewróconych krzeseł i histerycznego płaczu.

Hala eksplodowała strachem.

W tym momencie zawył przecinający wszystko, pulsujący lotniskowy alarm.

Matthieu zerwał się z miejsca i ruszył pod prąd napierającego tłumu, w stronę drzwi do pomieszczeń technicznych.

Zza tłumu dostrzegł, jak Olivier pojawił się w drzwiach. Widział go dosłownie przez ułamek sekundy, zanim zniknął w przelewającej się ludzkiej fali.

— Zgubiłem go! — Krzyknął.

Zauważył go kilkanaście metrów dalej. Martel przeciskał się brutalnie przez tłum. Odpychał ludzi, przewracał walizki, siłą torował sobie drogę.

— Mam go! — Matthieu wrzasnął do słuchawki. — Idzie w stronę wyjścia głównego!

Ruszył za nim, ale panika wokół zagęszczała się z każdą sekundą. Kobieta z wózkiem zablokowała przejście. Mężczyzna w garniturze wpadł na niego i bez słowa pobiegł dalej.

Martel był coraz bliżej drzwi. Matthieu starał się go pilnować wzrokiem.

— Zbliżam się — wyszeptał do słuchawki.

Ktoś wpadł na niego z boku. Matthieu upadł, a kilka ludzkich łokci wbiło się w jego żebra.

Kiedy się podniósł, nie widział już celu.

— Jest przy wyjściu! — Padło w słuchawce.

Matthieu spojrzał, zlokalizował go i się przeraził.

— Kurwa, nie ma torby! Musiał komuś przekazać. Szukajcie torby!

Ruszył za nim. Wypadł przez drzwi na zewnątrz. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz. Parking. Autobusy. Taksówki. Tłum wylewający się z terminala.

Dostrzegł Martela, który biegł w stronę drogi dojazdowej, lawirując między samochodami.

— Porusza się w stronę drogi dojazdowej! — Wyrzucił z siebie. — Potrzebuję wsparcia!

Martel obejrzał się przez ramię. Ich spojrzenia na ułamek sekundy się spotkały. W oczach strażaka odbijało się przerażenie.

Przyspieszył.

Matthieu też.

Biegli. Dwa punkty w chaosie paniki, dwa działające procesy w systemie, który właśnie się zawiesił. Martel skręcił w lewo, za rząd zaparkowanych taksówek. Matthieu ciął po przekątnej, przez trawnik i krzaki.

Znów go stracił z oczu. Sekunda, dwie, trzy.

Uciekinier wypadł na otwartą przestrzeń – pas zieleni przed drogą dojazdową. Matthieu rzucił się w pościg znajdując się kilkanaście metrów za nim.

Huk.

Martel padł, jak rażony piorunem.

Runął twarzą w trawę, jakby ktoś odciął mu zasilanie.

Matthieu zatrzymał się gwałtownie. Kałuża krwi rozlewała się spod głowy Martela – ciemna, gęsta, rosnąca nienaturalnie szybko. Otwór wlotowy był mały i precyzyjny, tuż za uchem.

Jezuita rozejrzał się dziko dookoła.

Strzał snajperski. Skąd? Z dachu terminala? Nieważne. Martel nie żyje. Ale dlaczego snajper oszczędził jego?

Matthieu stał nieruchomo. Wokół ludzie krzyczeli, biegli, łkali. Alarm lotniskowy wciąż wył. Gdzieś z oddali nadciągały już syreny.

W słuchawce trzask.

— Masz go? — Padło pytanie.

— Obiekt zlikwidowany. Ktoś go sprzątnął.

— Jasna cholera!

— Macie coś?

— Nic. Żadnych śladów torby.

— Spieprzyliśmy to. Bez odbioru.

Wyprostował się. Wyjął słuchawkę z ucha. Poprawił kołnierz i spojrzał na ciało Martela ostatni raz. Na twarz, która jeszcze przed chwilą była pełna życia, a teraz po prostu zgasła.

Odszedł spokojnym krokiem, wtapiając się w tłum uciekających pasażerów, jakby nigdy go tu nie było. Minął kobietę, która przerażona ściskała dziecko. Minął mężczyznę, który krzyczał histerycznie do telefonu. Ochroniarza, który bezskutecznie próbował przywrócić porządek. Mrówki w terrarium biegły dalej, przekonane, że uciekają przed śmiercią. Nie wiedziały, że śmierć już sobie poszła.

A Matthieu po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł się podle, jak ktoś, kim sam gardził. Nie jak architekt, który zna kod i manipuluje procesami. Nie jak ktoś, kto rozumie.

Był jak trybik.

Dziś ktoś inny pociągnął za sznurki decydując, że Martel ma zginąć. Ktoś inny zabrał torbę. On sam jedynie biegł. Tylko się spieszył. Łudził się, że ma nad czymś kontrolę.

Wtedy wróciło do niego jego własne zdanie.

„Usuń więc z siebie pychę i próżne mniemanie, że coś wiesz”.

Ta myśl go ukłuła głębiej, niż by się spodziewał.

Ułuda! Najokrutniejsza ze wszystkich. Dopada nawet tych, którzy sądzą, że ją przejrzeli.